największa baza literatury słowackiej

Twój koszyk jest pusty
Punk, Bunt i ….
2013-11-18 12:02:54

O nieśmiertelności prawdziwego buntu, radości tworzenia orazo najlepszej zupie świata opowiada Jaroslav Rudiš.

Koniec punku w Helsinkacha w Czechach?

Myślę, że punk, bunt i wściekłość są tematami nieprzemijalnymi. Ciągle mamy na co się wściekać, przeciw czemu walczyć. Moja powieść nie jest tylko o ostatniej punkowej generacji sprzed upadku komunizmu i o tym, co z niej zostało, ale też o współczesnej przemianie środkowoeuropejskich metropolii, jakimi są Praga, Berlin czy Lipsk, gdzie całe stare, świetne dzielnice rozbierają deweloperzy. Dawni mieszkańcy się wyprowadzają, a przychodzą tacy, którzy mają pieniądze, ci wszyscy piękni bioludzie. I pod nowymi fasadami znikają stare, a razem z nimi dawne, emocjonujące historie.

Pana nowa powieść zdecydowanie różni się od Grandhotelu, nie tylko tematyką, ale także sposobem budowania historii, typem bohaterów i czasem akcji. Jak i kiedy narodził się pomysł, by w taki sposób przedstawić jakże ważny fragment historii tej części Europy?

Oryginalnie miałem dwa pomysły. Współczesną historię czterdziestoletniego barmana, ekspunka, który zrezygnował z życia i dziewczyn oraz kobiet, bo już nie chce się z nikim kłócić, nie chce mieć ciągle problemów. A jedynym miejscem, które mu zostało i w którym czuje się dobrze, jest jego mały bar. Z tej swojej dobrowolnej samotności jest jednak całkiem zadowolony. Obserwuje gości, chwyta ich małe opowieści, złączone z historią Europy Środkowej, która mnie po prostu interesuje – a dokładnie to, jak bardzo mają na nas ta wspólna historia, wszystkie te traumy wpływ. Miałem też przygotowaną historię siedemnastoletniej punkówy Nancy z Jesenika, dziejącą się w 1987 roku. Dla niej punk był ucieczką od życia w socjalistycznej Czechosłowacji. Jest to wyjątkowo ostra, dzika dziewczyna, która żyje na krawędzi zgodnie z hasłem No future.
I wpadłem na to, żeby te historie połączyć, zapoznać ze sobą bohaterów i pozwolić im coś razem przeżyć. Z tego powstał Koniec punku w Helsinkach, powieść o początku i końcu punku i o tym, co z jego energii i wściekłości zostało do dziś. Do tego dopisałem jeszcze trzecią linię fabularną o punku w XXI wieku, gdy na ulicach płoną auta bogatych ludzi. Te takie auta, które przypominają małe czołgi.

W swojej debiutanckiej powieści Niebo pod Berlinem główny bohater rzuca wszystko, wyjeżdża do Berlina i zakłada zespół rockowy. W najnowszej natomiast Ole i jego przyjaciele często wracają do czasów, gdy tworzyli punkowe trio. Autorka pamiętnika także jest stuprocentową punkówą. Czy pojawiające się w pana powieściach gatunki muzyczne panu szczególnie bliskie?

Te książki emocjonalnie bardzo połączone. Niebo pod Berlinem napisałem pod wpływem muzyki i tego miasta. Myślę, że jest to bardzo reportażowa powieśćmnóstwo miejsc,w których rozgrywa się jej akcja, istnieje naprawdę, byłem i właściwie nadal jestem upojony Berlinem, uwielbiam go tak samo jak wielu Polaków czy Czechów. W Końcu punku w Helsinkach moi bohaterowie już dojrzalsi i mają za sobą pewne życiowe błędy i kłopoty, otarli się trochę o świat, jak to się mówi, po prostu wiedzą już, że życie nie jest niczym łatwym, nie składa się tylko ze zwycięstw, jak nam się wydaje, gdy mamy 30 lat. Część tych historii jest zresztą oparta na faktach.

Ole, podstarzały barman, były punk, kojarzy mi się trochę z poprzednim bohateremFleischmanem. Obaj sporo już doświadczyli, ale tak naprawdę niewiele osiągnęli. Skąd to wrażenie pewnej powtarzalności?
I czy w ogóle jest ono słuszne?

Fleischman jest wariatem, wprawdzie sympatycznym, ale naprawdę trochę szalonym autystą, który wierzy w prognozy pogody i nigdy nie miał dziewczyny. Ole nie wierzy już w nic, tylko w siebie, a dziewczyn miał wiele. Szczęśliwszy jednak nie jest. Wreszcie kończy tam, gdzie na początku stał Fleischman. Już nie chce dziewczyn, bo miłość zawsze tylko komplikowała mu i tak skomplikowane życie, jak to się z miłością czasem bywa. Potem w Helsinkach, bo tak się nazywa jego bar, pojawia się jedna piękna dziewczyna, Lena. Ole ma wrażenie, że już z nią coś miał, ale nie potrafi sobie tego przypomnieć. I kogoś mu też ciągle przypomina. To pytanie go męczy, jeszcze to by chciał rozwiązać.

W Grandhotelu Fleischman w końcu osiąga swój celudaje mu się opuścić miasto. W książce Koniec punku w Helsinkach los Olego nie jest do końca jasnyCzy planuje pan kolejną powieść, w której on się pojawi?

Lubię niejasne końce. Zostawiam to wszystko tak trochę czytelnikowi. Myślę jednak, że kończy się dobrze. Ten punkowy krąg miłosny się zamyka. Dużo myślałem nad tym, żeby książka miała pewne napięcie.

W jednym z wywiadów wspomniał pan, żeFleischman jest na rozdrożu życiowym. Przeszłość tego miasta, historia, traumy rzeczywiście go wiążą. Dopiero niebo i poruszające się na nim chmury wnoszą ruch do jego życia. Co wprowadza w ruch życie Olego? Bo na pewno nie rodzina…

To raczej nie. Ole jest sam. Bawi go jego bar. I przeszłość. Ma dużo czasu na wspomnienia, które przychodzą do niego, gdy jest sam. czasem smutne, a czasem bardzo wesołe. Potem zaczyna się w nich pojawiać Nancy. Piękna mała punkówa z Czechosłowacji. I Ole ma wrażenie, że musi albo chociaż utraconą część ich historii znaleźć. W ten sposób po ponad 20 latach wyrusza w drogę. Musi też walczyć, jego bar Helsinki jest zagrożony. Może ten bar jest jego życiem.

Historię Fleischmana można było zobaczyć na ekranie. Czy plany zekranizowania także Końca punku w Helsinkach?

Zobaczymy. Myślę, że mogłoby to całkiem dobrze wyjść. Ale na razie nic się nie szykuje. W Berlinie właśnie z kolegą Martinem Behnkiem kończymy pisać scenariusz do komedii Semtex Blues. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, w ciągu dwóch lat będzie z tego film. Jest to historia grupy mężczyzn będących w kryzysie. Mają wielkie problemy sami ze sobą, a przede wszystkim z kobietami. Nie rozumieją ich, nie rozumieją emancypacji i w ogóle jakoś uciekł im pociąg. Jest z nimi tak źle, że szykują się na jeszcze gorsze czasy, jak twierdzą.

Chociaż w najnowszej książce fabuła w dużej mierze opiera się na historii Olego, ważną rolę odgrywają także postacie drugoplanowe. I mimo że nie bardzo związane z głównym bohaterem, to jednak mają wpływ na życie Olego. Kim zatem są? Symbolem minionych czasów?

Może. Dla mnie ze wszystkiego najważniejsze te trzy dni, które Ole i Nancy przeżyli razem, a które całkiem zmieniły ich życia. Zakochali się w sobie, ale na miłość mieli bardzo mało czasu. Ole do dziś nie pogodził się z tym, co wtedy przeżył. Poznali się na pierwszym oficjalnym koncercie grupy Die Toten Hosen w Czechosłowacji w Pilznie w 1987 roku. To była wielka rzecz, mała rewolucja, na którą przyjechało mnóstwo punków ze wschodnich Niemiec. Koncert skończył się wkroczeniem policji, Die Toten Hosen zostali aresztowani, wielu ludzi było przez policję pobitych. I to połączyło moich bohaterów, ten koncert jest jądrem całej historii, jego środkiem, początkiem i końcem.

Nie jest to tylko historia o ostatnim pokoleniu punków, ale też o tym, że jakakolwiek decyzja może zawsze mieć poważne konsekwencje. Może to jest historia wielkiej przyjaźni Olego i Franka. Ole musi trochę o niego dbać, bo Frank jest jeszcze bardziej samotny niż on. Do tego klepki całkiem mu się pomieszały. Na przykład próbuje połączyć historię powszechną z piłkarzykami. Z sukcesem.

Jest pan nie tylko autorem powieści i opowiadań, ale też współtwórcą kultowego już komiksu Alois Nebel oraz członkiem literackiego kabaretu EKG. W której z ról czuje się pan najlepiej? Jakie jeszcze talenty ma Jaroslav Rudiš?

Wie pani, mnie po prostu bawi opowiadanie historii, które dzieją się tu u nas, w Europie Środkowej. A że czasem jest to powieść, czasem komiks czy film, to już inna rzecz. Chętnie wypróbowuję nowe formy.

Można powiedzieć, że w Końcu punku w Helsinkach ważną bohaterką jestsolanka. Zna pan miejsce, gdzie można zjeść solankę z prawdziwego zdarzenia?

Lubię gotować i jeść, a solanka to legendarna zupa, którą jadaliśmy w NRD. W Berlinie do dziś w wielu miejscach można zamówić. Ale szczerze: tak naprawdę najbardziej lubię żurek. Serio. To jest perła Europy Środkowej. Nie umiem sobie wyobrazić pobytu w Polsce bez niego. Olga Tokarczuk, Andrzej Stasiuk, Paweł HuelleNic na to nie poradzę, czytam swoich ulubionych autorów i też myślę o żurku. W tej zupie odzwierciedla się cała Polska. Po drugiej stronie Karkonoszy, gdzie dorastałem, gotujemy bardzo podobną prostą zupę z kwasu chlebowego. Nazywa się kyselo. Też perełka. I też była kiedyś jedzeniem zwykłych ludzi, właściwie do dzisiaj jest. I będzie, cokolwiek by się nie stało ze światem.


Rozmawiała Joanna Figarska

fot. Maciej Margielski

[ < powrót ]