największa baza literatury słowackiej

Twój koszyk jest pusty
Dwa odcienie jednej historii
2013-12-17 12:37:42

O tożsamości, tolerancji i akceptacji inności opowiada Martin Šmaus.

Joanna Figarska: Książka Dziewczynko, roznieć ogienek kończy się niejednoznacznie. Otwarta kompozycja dzieła daje czytelnikowi możliwość snucia rozważań na temat dalszych losów bohatera. Jaki był zamysł autora?

Martin Šmaus: Od napisania książki minęło już około dziesięciu lat, więc na swoje ówczesne zamysły patrzę z dużym dystansem. Jednakże jedno jest pewne – otwarty koniec oznacza początek kolejnej drogi, jakąś nadzieję…

Pana książka porusza bardzo trudny temat – nie tyle ciągłej tułaczki, ile zagubienia się we własnej tożsamości. Dlaczego jej bohaterami są Cyganie?

Poczucie braku stabilizacji życiowej, konieczność dostosowania się do nowych warunków, kiedy stare odchodzi, a nadchodzi nowe i nikt nie wie, czy będzie to zmiana na lepsze – to wszystko przytrafia się ludziom niezależnie od ich przynależności do tego czy innego narodu. Jednakże w przypadku Cyganów rzecz ma się nieco inaczej – tak wnoszę z tego, co przez lata widziałem wokół siebie i co trwa do dzisiaj. Otóż w odciętej od korzeni społeczności Cyganów wszystkie te zmiany przebiegają znacznie szybciej. My, gadziowie, do miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj, dotarliśmy w ciągu wielu pokoleń, natomiast tradycyjna cygańska wielka rodzina musiała nagle zmierzyć się z nową rzeczywistością i odnaleźć się w niej w ciągu zaledwie paru lat czy wręcz miesięcy. Ta gwałtowna zmiana zachodziła na moich oczach, obserwowałem ją i w ten sposób temat – którego wcale nie szukałem – sam mnie odnalazł.

Czy tworząc tę powieść, spotykał się pan z prawdziwymi Cyganami? Wchodził pan w ich współczesny świat?

Oczywiście, nie tylko się z nimi spotykałem, lecz żyłem blisko nich – jako dziecko w Rokicanach, potem w Pilźnie. Przez cygańskie osady na Słowacji przechodziliśmy podczas niemal każdej górskiej wędrówki; podobne, lecz jeszcze biedniejsze osady widzieliśmy w Rumunii. Lata służby wojskowej przyniosły kolejne doświadczenia, ale najwięcej o Cyganach dowiedziałem się w ciągu ostatnich dwudziestu lat (a więc również w czasie, gdy powstawała ta książka), kiedy moja rodzina mieszkała w domu, w którym byliśmy jedynymi gadziami – a więc mniejszością etniczną. Wtedy zgromadziłem wiele różnych przeżyć, zdarzeń, obserwacji, które potem złożyły się na pewien ogólniejszy obraz Cyganów. To proste, wystarczy patrzeć – o ile to możliwe – bez uprzedzeń, a więc niczego z góry nie oceniać, tylko po prostu mieć oczy otwarte.

W pańskiej książce są także ślady świata Cyganów z początku XX wieku, gdy byli wolni i bez problemu wędrowali z miejsca na miejsce, ale już od pierwszych stron powieści dominują współcześni Romowie ze swoimi przywarami… Skąd, pana zdaniem, tak kolosalna zmiana?

Zdecydowanie wynika to ze sposobu, w jaki Cyganie przyjmują rzeczywistość – jako to, co jest teraz, krótką chwilę teraźniejszą. W tym widzę korzenie wszystkiego, zarówno tego, co dobre, jak i tego, co złe. Właśnie dlatego Cyganie nie potrafią trzymać się jednej stałej pracy, nie posyłają dzieci do szkół, nie chcą budować domów, uprawiać ziemi, choćby nawet sadzić ziemniaków – przecież czas plonów jest tak odległy… A w większości z nas, gadziów, nawet tych żyjących w wielkich miastach, wciąż drzemie ugruntowana przez tysiąclecia natura pasterza czy rolnika. Dlatego – z obawy przed biedą i głodem – chodzimy do pracy, gromadzimy zapasy i pomnażamy majątek. A jeśli chodzi o same „typowo cygańskie” przywary – nie jestem pewien, czy nie są one wadami tylko z naszego, gadziowskiego, punktu widzenia. To samo zjawisko, jeśli spojrzy się na nie z innej strony, może ukazać się nam w innym świetle, wada może wtedy stać się zaletą.

Główny bohater Andrejko nie potrafi odnaleźć się ani wśród swojej najbliższej rodziny, ani wśród gadziów. Kim zatem jest?

Sam nie wiem. Być może kimś, kto wbrew przeciwnościom stara się na wszystko patrzeć inaczej. A w szerszej perspektywie, zwłaszcza czasowej, próbuje w tych okolicznościach znaleźć swoją drogę. Pewnie przez to z obu stron spadają na niego ciosy.

W swojej książce nie wybiela pan Cyganów, nie ukrywa ich wad oraz jakże stereotypowych, aczkolwiek często prawdziwych zachowań – kradzieży, cwaniactwa, braku chęci do pracy. A przecież kiedyś Cyganie byli symbolem wolności i złączenia z naturą. Skąd, według pana, tak wielki kontrast?

Ja tu nie widzę kontrastu, to jest druga strona tej samej monety. Wynika to z podejścia Cyganów do życia, z typowego dla nich postrzegania wszystkiego w krótkiej perspektywie czasowej. Zerwanie blaszanego dachu znad własnej głowy i zaniesienie go do punktu skupu albo zabranie sąsiadowi z baku benzyny za pomocą rurki oznacza natychmiastowy zarobek. Podobnie – uzyskanie renty inwalidzkiej. Ale uwaga – nie zauważyłem u Cyganów niechęci do pracy, wprost przeciwnie, wiele razy widziałem, że potrafią harować. Oni po prostu nie umieją wytrwać długo w tej samej pracy – stałe zajęcie, jakie ma większość z nas, z wypłatą pod koniec miesiąca, z koniecznością podporządkowania się pewnym rygorom to nie dla nich. W ten sposób przejawia się ich poczucie wolności, nie mają pracy, więc nie są nią ograniczeni, żyją też bez strachu o to, że ją stracą. To samo dotyczy majątku, pieniędzy – które dają wolność, ale jednocześnie ją odbierają.

Bardzo poruszył mnie w książce wątek z nauczycielem, który, będąc u schyłku swojej kariery, odczuwa porażkę wychowawczą. Nie potrafił nie tylko pomóc Cyganom, ale przede wszystkim ich zrozumieć. Czy tworząc tę część historii Andrejka, opierał się pan na faktach, miał jakiś pierwowzór?

Nie, starałem się patrzeć na wszystko z dystansu i widzieć związki między wydarzeniami. Nie wszystko można było ocenić od razu, skutki niektórych działań widoczne są dopiero po wielu latach, po dziesiątkach lat. Nie wszystkie problemy da się rozwiązać za pomocą inżynierii społecznej, nie każdy stan, nawet niepożądany, ale w pewnym sensie naturalny, można zmienić na siłę. I znów stajemy przed pytaniem, co jest dobre, a co złe? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi.

Czy można uznać Andrejka za współczesną postać tragiczną? Kojarzy mi się z bohaterami antycznymi…

Hmm… nie sądzę, przynajmniej dla mnie wzorem nie była żadna postać antyczna. Pisząc historię Andrejka, byłem świadom dużej dozy tragizmu, jakim jest nasycona, ale nie w sensie biernego cierpienia, lamentu nad nieszczęściem, tylko w sensie bólu, który towarzyszy różnym ludzkim staraniom, dążeniu do zrozumienia tego, co nieznane, również próbom spojrzenia na siebie z zewnątrz oraz poszukiwaniom drogi.

Ważną rolę w powieści odgrywają także kobiety. To matka jest dla Andrejka istotą najwyższą, uosobieniem wszystkich cnót, potem patrzy on tak samo na swoją żonę. Oburzający dla Cyganów mógłby być fragment, w którym jedna z bohaterek wyrzuca za próg swojego męża, ojca rodziny. Czy spotkał się pan z takim zachowaniem (albo słyszał o podobnym zdarzeniu) w prawdziwym świecie Romów?

Z takim zachowaniem nie spotkałem się bezpośrednio, ale słyszałem o podobnym zdarzeniu. Zresztą takie rzeczy dzieją się nie tylko w środowisku Romów. Dużą rolę odgrywa tu emancypacja, uświadomienie sobie własnej wartości. Może jest to oznaką tego, że my, faceci, powoli stajemy się towarem zbędnym, a z całą pewnością oznacza to, że teraz już nie wszystko ujdzie nam na sucho. Z jednej strony wspomniany epizod jest przejawem niesłychanej siły, płynącej z dążenia do ochrony życia przed destrukcją, z drugiej zaś jest to ewidentny przejaw rozpadu tradycyjnej wielkiej rodziny. W końcu – czyż nie dotyczy to również i nas, gadziów? Tyle że zmiana ta w naszym przypadku przebiegała wolniej i, powiedzielibyśmy, w bardziej cywilizowanej formie.

Opowieść kończy się w roku 1993. Jak dzisiaj wygląda świat Cyganów
w Czechach?

To byłaby opowieść na setki stron. Choćby dlatego, że nie da się opisać życia „przeciętnego” Cygana (coraz częściej nazywanego Romem), ponieważ w tej społeczności zdarzają się osoby mające świetne wykształcenie i stałą pracę, choć większość stara się jakoś prześlizgnąć przez życie, niemało jest też osób żyjących na samym dnie. Tak zwany problem cygański bywa czasami wywoływany w sposób sztuczny i stanowi źródło dochodu tysięcy różnych specjalistów. Dla większości zwykłych ludzi, zarówno po gadziowskiej, jak i po romskiej stronie, wszystko zmienia się w sposób niejako naturalny, poprzez rozwój i dobór naturalny, ale w większości są to zmiany na gorsze. Wystarczy przejść się po jakimś obszarze wydzielonym etnicznie z otaczającej go reszty – znajdziecie tam tylko domy zrujnowane przez ekstensywne użytkowanie, lombardy i skupy surowców wtórnych, od razu otoczy was morze bystrych na oko dzieciaków, które roznosi energia i które powinny być o tej porze w szkole, starsi tylko siedzą i się nudzą, czasem przejedzie mercedes cygańskiego lichwiarza, obwieszonego złotem, i minie was jakiś nędzarz, który taszczy do skupu złomu pogiętą rynnę albo klapę od kanału. Rola urzędów? Urzędy przerzucają ten problem między sobą jak gorący kartofel, nie są w stanie mu się przyjrzeć i określić, na czym właściwie polega, a co dopiero mówić o jego rozwiązaniu. Instytucje reagują zazwyczaj dopiero wtedy, kiedy już dojdzie do jakiegoś konfliktu na tle etnicznym.

Czy Andrejko mógł cokolwiek zrobić, żeby zmienić swój los?

Mógł. Ale sam o tym nie wie. Albo raczej: z czasem się o tym dowiaduje, lecz nie potrafi sobie pomóc, nawet gdyby chciał. I znowu sobie uświadamiam, że przecież dotyczy to nas wszystkich, tyle że my poruszamy się w innym otoczeniu, mamy inne możliwości, nasz czas też jest inny. Nie sądzę, żeby historia opowiedziana w tej książce miała jakieś wyjątkowe znaczenie. Raczej chodzi o pewien obraz zjawisk bardziej ogólnych, miejscami tylko lekko zarysowany, a czasem wyraźnie widoczny w poszczególnych akapitach czy nawet zdaniach. Ale rzeczy, które mają wymiar powszechny, trudno oddzielić od materii konkretnego ludzkiego losu.


 

Joanna Figarska

tłum. Dorota Dobrew

zdj. Maciej Margielski

portret autora - archiwum domowe

[ < powrót ]