największa baza literatury słowackiej

Twój koszyk jest pusty
Przepis na jajecznicę w proszku
2014-01-21 12:40:39
Pavol Rankov jest jednym z najczęściej tłumaczonych współczesnych słowackich autorów, mimo że sam w rozmowie próbuje temu zaprzeczyć. Mówi, że tych najbardziej groteskowych historii czasami nie trzeba wymyślać. Nawet przepis na jajecznicę w proszku był z życia wzięty.

Jana Ondiková:Twoja powieść Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) jest jedną z najczęściej przekładanych (współczesnych) słowackich książek. Uważasz zatem, że jest to twoja najlepsza książka? Czy może masz jakiś inny swój ulubiony tekst (niepublikowany lub zignorowany przez krytykę)?

Pavol Rankov: Ta powieść jest najczęściej tłumaczona z prostego powodu – otrzymała Europejską Nagrodę Literacką. Zagraniczni wydawcy ewidentnie mają nadzieję, że ta nagroda stanowi jakąś małą gwarancję, że książka nie jest całkiem do niczego. Osobiście bardziej cenię sobie Matki, również dlatego, że jej struktura i forma rzeczywiście odpowiadają książkowej definicji powieści. Na marginesie trzeba jeszcze skromnie dodać, że Zdarzyło się… jest wprawdzie „najczęściej przekładaną” książką, ale wydawaną tylko w Europie Wschodniej. No i jeszcze po arabsku, ale to raczej przypadek. Po arabsku zostały wydane trzy moje książki, ale nie potrafię wyjaśnić, jak to się stało.

 

Czytasz zagraniczne recenzje swoich książek albo reakcje czytelników na nie na różnych portalach? (Przeczytałeś w nich coś, czego się nie spodziewałeś?)

Czytam przede wszystkim polskie recenzje. Zaskoczyło mnie głównie to, jak duża jest polska blogosfera. Na Słowacji o książkach pisze regularnie około dwudziestu blogerów, w Polsce to są setki ludzi. Ogólnie mam wrażenie, że w Polsce literatura jest dużo bardziej integralną częścią współczesnego życia kulturalnego. Na Słowacji ważniejszy jest teatr i opera, w Polsce film i literatura. Ale to tylko moje laickie obserwacje z zewnątrz. Byłem miło zaskoczony treścią tych recenzji. W Polsce wydaje się bardzo mało słowackich książek, zatem polscy czytelnicy musieli odnieść wrażenie, że muszę być jakimś ważnym słowackim autorem. Tak wprawdzie nie jest, ale cieszę się z tej niezasłużonej sławy.

 

Na język polski najpierw przetłumaczona została antologia twoich opowiadań (Bratysława jest mała), potem wspomniana już powieść Zdarzyło się pierwszego września… Obecnie jej tłumacz, Tomasz Grabiński, pracuje nad przekładem twojej kolejnej powieści – Matki. Czy konsultujesz,ewentualnie kontrolujesz tłumaczenia swoich książek? (W przypadku języka polskiego to z pewnością łatwiejsze niż arabskiego).

Niektóre rzeczy są konsultowane, ale inicjatywa zawsze wychodzi ze strony Tomka, w żaden sposób go nie kontroluję. W relacji tłumacz – autor inicjatywa zawsze leży po stronie tłumacza, autor nie może sobie go wybrać. Choć było i tak, że w tym samym czasie zgłosiły się do mnie dwie tłumaczki z Niemiec – tak jakby mogłem spomiędzy nich dwóch wybrać. Ale koniec końców, książka w ogóle nie wyszła po niemiecku. Tomasz Grabiński jest bardzo dobrym tłumaczem, także dlatego, że zna słowackie realia, od dłuższego czasu żyje na Słowacji, w przeszłości nawet pisał do słowackiej prasy. Jeden tłumacz, kiedy potrzebował coś skonsultować, napisał do mnie e-mail po angielsku. Wtedy zacząłem się bać o wynik jego pracy.

 

Czy zdarzyło się kiedyś, że ktoś uznał za najmniej prawdopodobne te zdarzenia opisane w twojej prozie, które akurat były w największym stopniu inspirowane życiem?

Tak. Na przykład w powieści Zdarzyło się pierwszego września… piszę o Słowaku, który w czasach komunistycznych pracuje w wojskowym instytucie badawczym i zajmuje się stworzeniem przepisu na jajecznicę w proszku. Kiedy już z gotowym produktem emigruje do USA, staje się milionerem, bo podpisuje bajeczny kontrakt z amerykańską armią. Wszyscy myślą, że ta historia to dobrze wymyślona groteska – kto by chciał jeść jajecznicę z proszku? W rzeczywistości zmieniłem w niej tylko jeden szczegół. W powieści słowacki chemik podpisuje kontrakt z amerykańskim wojskiem walczącym w Wietnamie, a tak naprawdę wydarzyło się to dziesięć lat wcześniej, podczas wojny w Korei. Kiedy jakieś ćwierć wieku temu czytałem Słownik chazarski Milorada Pavića (na marginesie: jest to jedno z najlepszych dzieł XX wieku), pomyślałem, że autor wymyślił wspaniałą historię o nigdy nieistniejącym narodzie. Dziś już wiem, że metoda Pavića polegała na tym, że tylko odrobinę zmieniał prawdziwe historie, dopowiadał wydarzenia, które historia jakby zostawiła niedopowiedziane. Być może ja też robię coś podobnego w swoich powieściach.

 

tłum. Katarzyna Dudzic-Grabińska

fot. Michał Burza (c) Anasoflt Litera

[ < powrót ]